Tekst piosenki Dumny z bycia psem. (Dumny z bycia psem) (Zgłoś do bazy 00) [Zwrotka 1: 811811] Wy mówicie na nas psy. Bo lubimy sobie węszyć. Tam, gdzie dzieje się coś złego. To jesteśmy zawsze pierwsi. Mundur, pistolet, gaz i kajdanki. Może jestem głupia, ale nie aż tak. Wynajęłam sobie kawalerkę i wyniosłam się od męża. Czułam się zdruzgotana, poharatana. Nawet nie próbowałam opowiedzieć tego wszystkiego starym, wolałam nie przyznawać się do kolejnej klęski. Jędrek wydzwaniał, przyjeżdżał, zaklinał się, namawiał mnie do powrotu. Tłumaczenia w kontekście hasła "zmuszał do" z polskiego na angielski od Reverso Context: Nikt cię nie zmuszał do chrztu. Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Koniugacja Documents Słownik Collaborative Dictionary Gramatyka Expressio Reverso Corporate Regularnie natykam się na wypowiedzi, według których osoby po detranzycji nie istnieją, a pisze się o nich (to znaczy o nas, bo również o mnie), aby szczuć na transseksualistów, a jeśli już faktycznie są, to powodem ich powrotu do prawdziwej płci jest nietolerancja społeczeństwa, a nie to, że sam proces zmiany płci był błędem. Nikt nas do niczego nie może zmusić siłą . Jestem wolnym człowiekiem ,żyje w demokratycznym państwie wiec sam decyduje o swoich zamiarach mam prawo do tego . Każdy ma swój rozum i robienie czegoś złego wbrew sobie jest nie tyle co niezgodne, ale karalne. Zło czy dobro, cienka niebieska linia. Funkcjonariusze, creme de la creme. Psy Dają Głos, dumny z bycia psem. Opanowanie, perfekcja, profesjonalizm. Każdy niebieski brat życie zostawia na szali. Wychodząc z domu nigdy się nie wie. Czy zdejmiesz kogoś, czy zdejmą ciebie. Nikt mnie nie zmuszał, sam tego chciałem. Był inny zawód, taki Zdjęcie poglądowe Daenin Arnee. Patourologia. "Chciałem wyjść z gabinetu, by się nie rozpłakać". Leszek pierwszy raz odwiedził urologa, gdy był nastolatkiem. Chociaż minęły lata, nie jest w stanie mówić o tej wizycie "bez uronienia łzy". — Podczas oddawania moczu odczuwałem ból. Wypchnięcie polityków z mediów publicznych jest niemożliwe – twierdzi kierujący TVP Piotr Farfał w rozmowie z Andrzejem Stankiewiczem i Piotrem Śmiłowiczem. Tłumaczenia w kontekście hasła "mnie nie zmuszał do pracy" z polskiego na angielski od Reverso Context: Widzisz, gdybyś mnie nie zmuszał do pracy podłoga kleiłaby się jak zwykle. - Żona mi powiedziała, że jeśli ja nie rzucę zespołu, to ona rzuci mnie. Alkoholu było we mnie tak dużo, że zacząłem chorować… – wspomina swoją przygodę z Acid Drinkers Tomek "Lipa" Lipnicki, wokalista i gitarzysta Illusion, jednej z najważniejszych grup mocnego polskiego rocka lat 90. Właśnie wróciła z pierwszą od szesnastu lat płytą studyjną "Opowieści". – To 5KcO. Nobody is making you do not gonna cure him with force papa son. You won't cure him with force Papa is going to make you do you hear me? Nobody is going to make you do you hear me? Nobody is going to make you do anything?Nobody's gonna make you do być piratem. Nikt nie zmuszałby mnie do mycia thing about being a pirate Nobody's gonna bother you about washing' your feet. tak jak robimy obecnie w odniesieniu do lodówek na przykład za pomocą wyraźnie uwidocznionej etykiety lub will not obligate anyone; we will only inform people as we are doing today with refrigerators for example by means of a clear label or a sticker. Wyniki: 190, Czas: Pan Michał jest bezdomny. Choć ma za sobą kilka wyroków, bardzo chce, by jego ścieżki w końcu zaczęły się prostować. I tak się dzieje. Zrobił kilka kursów zawodowych, pracował, gdzie mógł. A potem przyszedł koronawirus. Mimo wszystko nie traci nadziei i mówi, że skoro jest wierzący, to musi żyć dobrze.„Duszę miałem trochę rogatą”Pan Michał ma 64 lata, urodził się na Solcu w Warszawie, wychował na Grochowie. Jak sam o sobie mówi, „duszę miał trochę rogatą”, więc i w szkole trudno było się utrzymać. Wywalali, choć stopnie miał jako takie, tylko zachowanie nie najlepsze. – Zawsze wchodziłem w jakieś nienormalne sytuacje, z własnej woli oczywiście, nikt mnie do tego nie zmuszał. No i tak to się umarł, gdy pan Michał miał 6 lat. Mama wychowywała go sama. Kiedy zachorowała na płuca, trafił do domu dziecka. Miał jeszcze babcię, ale ta chorowała na astmę, więc nie mogła się nim zająć. Po domu dziecka był zakład potem pierwszy wyrok, kolejny… W sumie około 12 lat. Ostatni raz w więzieniu był dwa lata temu. – Znowu towarzystwo, trochę łatwiejszego życia. Pieniądze robią swoje, a ja jakoś nie potrafiłem uczciwie zarobić. I tak się zaczęły a to oszustwa, a to złodziejstwa, kombinacje, lewe handle, dancingi, knajpy, dolary… A jak interesy, to i gorzała, ale jakoś nie wpadłem w picie. Bokiem mi to omija Grochów, bo „zna te mety, i wie, że to nie byłaby szczęśliwa impreza”. Twierdzi, że „w więzieniu nie powinno być dobrze, żeby człowiek nie wracał”.„Wylądowałem w lesie”Nie zawsze był bezdomny, nie zawsze mieszkał w lesie. Teraz, z przerwami na więzienie, las jest jego domem od 8 lat. – Jak miałem wynajęty pokój na trzy dni w hostelu, to ściągnąłem kołdrę i poszedłem na podłogę, bo mi było za miękko, nie chciałem się że nawet zaczęło mu się w tym lesie podobać. Ma tu „Boże radio – śpiewające ptaki, dywany z trawy i niebo, i gwiazdy”. Żartuje, że 5 razy w roku zmienia ściany i sufity. – Jak jest ulewa, to trochę zmoknę, ale nie bardzo. Zbudowałem sobie taką gawrę w tym lesie. Mam taki kij, mojego pomocnika, bo w tym lesie różnie bywa, czasem tam biją bezdomnych, okropne czasy, więc trzeba się bronić. Tam sobie śpię tak do wysypiam się, nikt mi nie chrapie, najwyżej ptak czy jeż, jak mu w puszce zostawię trochę jedzenia. Parę razy dzik do mnie podszedł. Ale zwierzę normalnie nie rusza człowieka, to człowiek dla człowieka jest czasem jak zwierzę…Na Grochowie ma starych znajomych, ale nie chce do nich wracać. Raz nawet jednego spotkał, ale, jak mówi, jakby wsiadł do jego mercedesa i pojechał na stare śmieci, to „byłoby to samo, co wcześniej”. Mówi, że to przez wiarę. Jest teraz chrześcijaninem i chce żyć uczciwie. – No prowadziłem to życie tak, jak prowadziłem. Nie ma innej drogi, taką mam, chcę ją teraz przejść z Bogiem. Nie dlatego, że się boję, że nie będę miał życia wiecznego, nie o to chodzi. Po prostu że „głowę ma jeszcze trochę w więzieniu, a obowiązki już wolnościowe”, dlatego momentami nie jest mu łatwo. Ale stara się doceniać pomoc, którą otrzymuje i z nadzieją patrzy w przyszłość. – Mam dobrych urzędników, robią, co mogą, żeby mi pomóc, ale też mają swoje ograniczenia.„Zapragnąłem być ochrzczony”– Pewnego dnia na tych ulicach, bo byłem tam już parę lat, pomyślałem, że coś muszę zmienić. Nie byłem ochrzczony, bo mój ojciec był z KPP (Komunistyczna Partia Polski), rodzice nie przywiązywali do tego wagi. Poszedłem do brata Michała, kapucyna, i powiedziałem, że chcę się ochrzcić. Zacząłem chodzić na religię, uczyć się do chrztu, no ale znowu musiałem iść siedzieć. Nie było mnie dwa lata. Po powrocie chwilę znów się przygotowywałem, ale znowu mnie zwinęli, no i zniknąłem tym razem na cztery lata… Po powrocie wróciłem do kapucynów i znów zapragnąłem być cztery lata, o których mówi pan Michał, to sprawa za oszustwa finansowe, do których ostatecznie sam się przyznał, bo gryzło go sumienie. – Ja nie mam do nikogo pretensji, tak nawywijałem, że musiałem zostać ukarany. Siedziałem za swoje, zasłużyłem na to.– Czemu właściwie chciał się pan ochrzcić? – pytam. – No bo uwierzyłem, że jest Bóg, że jest Jezus Chrystus. Raz, jak byłem w celi, miałem takie wewnętrzne doświadczenie, zobaczyłem taki mur, który się wali. I zrozumiałem, że trzeba zacząć rozwalać ten mur od środka, od swojego wnętrza, bo z zewnątrz to nic nie da. Po chrzcie brat Michał powiedział mi, że moje grzechy są odpuszczone, ale mam sumienie, no i właśnie to sumienie mi nie dawało wtedy mówi, nie jest łatwo być wierzącym i żyć przykazaniami. – Mam lata naleciałości, nie da się tak od razu zmienić, ale krok po kroku… Trudno mi nieraz przebaczać, a powinien, bo jestem chrześcijaninem. Albo wierzysz, albo nie wierzysz. Nie ma, że jutro albo pojutrze… Ale najpierw musiałem siedzieć, żeby to zrozumieć.„Jezusowi najwyraźniej coś się we mnie spodobało”Ważną osobą w życiu pana Michała jest Joanna, którą bezdomni nazywają „mamą”. Nią też się stała dla pana Michała. Z tym, że chrzestną.– Poznałem panią Joannę. Ona mi zaufała, takiemu wariatowi, spojrzała na mnie raz, drugi, trzeci, i powiedziała – „wierzę w ciebie”. Jak to usłyszałem, to pomyślałem, że muszę coś ze sobą zrobić, że muszę iść do że w jego życiu wiele jest sytuacji, które sprawiają, że nie może nie wierzyć. Za cud uważa np. to, że spotkał panią Joannę. I to: – Po chrzcie, wchodząc do lasu, ktoś może powiedzieć, że byłem pijany, ale nie, ja wtedy, chyba oczyma duszy, widziałem Jezusa Chrystusa, który był uśmiechnięty, nie taki poważny, jak na obrazach. I wtedy pomyślałem, że coś Mu się we mnie spodobało, skoro tak się uśmiecha.„Chciałbym uczciwie pracować”Pan Michał przed epidemią koronawirusa pracował w różnych miejscach. Zrobił nawet kursy zawodowe, ma uprawnienia pomocnika kuchennego i pomocnika gospodarczego. Odbył też staż. Żeby mu „żadne głupoty do głowy nie wpadały”, chodził też pomagać ojcom kapucynom, którzy prowadzą jadłodajnię dla organizował sobie czas, by od rana mieć zajęcie. Teraz jest gorzej. – Najgorsza jest sobota i niedziela, bo wszystko jest pozamykane, nie ma gdzie pójść. Siedzę trochę w parku, jeżdżę metrem, no i tak mi ten czas leci, raz pada deszcz, raz jest pan Michał mimo wszystko nie narzeka i ma nadzieję na lepszy ma plany? Uczciwie pracować, wynająć jakiś pokój. – Dwa tysiące by mi wystarczyło, mało jem, żołądek mi się przez to moje życie skurczył. Chcę normalnie, uczciwie żyć. Trochę jest z tym problemów, ale mam nadzieję, że to wszystko się poukłada. Uważam, że bardzo dużo ludzi mi pomaga, nawet bardziej niż także:Kard. Krajewski: biskupi, kardynałowie, księża, wyjdźcie do bezdomnych!Czytaj także:Po latach fotografowania osób bezdomnych znalazła wśród nich… swojego ojca „Choroba misjonarza” to określenie, które usłyszałam pracując w wojsku. Tak określało się osoby, które wielokrotnie powracały na kolejne zmiany misji zagranicznych. Mówiono o tym z lekkim uśmiechem i tylko czasem z powagą, na którą moim zdaniem temat zasługuje. Prześledźmy zatem możliwy scenariusz jaki rozgrywa się w momencie pierwszego wyjazdu na misję do innego kraju. Pierwszy moment adaptacji mija dość szybko, po jakimś czasie zaczyna się odliczanie dni do końca. Tęskni się za domem, rodziną, przyziemnymi sprawami. Im bliżej końca tym większy niepokój, że wydarzy się coś nieprzewidzianego. Gdy przychodzi moment powrotu do domu żołnierz odczuwa ulgę i szczęście, zwłaszcza jeśli miejsce pobytu znajdowało się w strefie wojny. Powrót pełen jest pozytywnych emocji – to wyjątkowe chwile kiedy wszyscy witają żołnierza z otwartymi ramionami po długim czasie rozłąki. Wiadomo, że po tym wszystkim co przeszedł przez pół roku zmiany teraz musi odpocząć. Po jakimś czasie pojawia się szara rzeczywistość. Żona cieszy się z powrotu męża, nie tylko dlatego że jest on w domu cały i zdrowy, ale także dlatego, że będzie miała wsparcie w załatwianiu codziennych spraw. Spraw których jest coraz więcej i więcej. Nie ma już tylko pracy i zadania, na którym trzeba się skupić by je wykonać i przetrwać. Jest codzienność. Otoczenie oswaja się szybko z myślą, że jesteś na miejscu. Dni mijają i w jakimś sensie są podobne do siebie. Spokój który początkowo był tak ceniony zaczyna uwierać. Nie dzieje się nic co wywołałoby przyspieszone bicie serca, brak mocnych emocji. Pojawia się specyficzny rodzaj tęsknoty. Wszystko to czego brakowało na misji nie jest już tak wyjątkowe, jest codziennością. Tak jakby wartość tego co jest w Polsce rosła i nabierała wagi kiedy widzi się to z oddali. Tymczasem po powrocie po pewnym czasie to co się ma tu na miejscu zaczyna męczyć, brakuje ekscytacji i adrenaliny. Poczucia, że robi się coś ważnego i wyjątkowego. Brakuje niezależności i poczucia wspólnoty z grupą osób, która „wie jak to jest”. Bliskich nie chce się obciążać własnymi wspomnieniami. Z bliskimi często nie można na ten temat rozmawiać, bo wiele spraw jest objęte tajemnicą wojskową. A poza tym jak powiedzieć komuś bliskiemu, że ma się myśli o powrocie? W ten sposób pomiędzy tymi którzy byli na misji, a tymi którzy zostali tu narasta niewidzialna bariera tego o czym się nie mówi. Wewnątrz powstaje osobny świat w którym składowane są najróżniejsze wspomnienia. Te związane z lękiem przed zranieniem lub śmiercią, ale i te związane z uczuciem dumy i więzi z tymi z którymi wykonywałem zadania, z którymi tam żyłem. Czasem bywa tak, że w tej rzeczywistości po powrocie nie można się odnaleźć, ma się poczucie rozdwojenia, zmęczenia i niezrozumienia. Powrót na misje następuje z różnych powodów, służbowych, finansowych, czasem także osobistych. Najczęściej jednak dlatego, że po prostu chce się wrócić. Dlatego, że to wciąga i uzależnia. O tym mówi się rzadko. Na koniec chciałabym zaznaczyć, że choć niejednokrotnie zdarzyło mi się obserwować występowanie takiego zespołu w mojej praktyce psychologicznej opisywana prawidłowość nie dotyczy wszystkich żołnierzy. Nie jest to obraz całości przeżyć jakich można doświadczać po misji i nie u każdego „choroba misyjna” musi wystąpić. Nie jest ona również przypisana tylko wojskowym – podobnych uczuć mogą doświadczać np. himalaiści, korespondenci, marynarze czy podróżnicy. Jestem ciekawa Państwa opinii na ten temat. Pozdrawiam, Izabela Jabłońska Wycisnął pan z kariery bokserskiej wszystko, co się dało? Gdy przechodziłem na zawodowstwo modliłem się, aby zdobyć tytuł mistrza świata. Pan Bóg nie był skąpy, dał mi pasy w dwóch kategoriach wagowych. Chciałem dokonać tego w trzeciej, ale nie wyszło. Po porażkach myślałem, że chyba czas kończyć, ale ciągle pojawiają się kolejne oferty. Ostatnio siedziałem w domu prawie rok. Ruszałem się, biegałem, ale nie myślałem o boksowaniu, a tu znowu propozycja. Przyjechał Mateusz Borek i mówi, że mój występ to byłby dobry pomysł, bo nowe gwiazdy jakoś się nie rodzą. Porozmawiałem z żoną i jestem w Polsce. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wraca pan z nudów, prawda? Gdzieś pan tak napisał i to prawda. Nie muszę szukać w ringu pieniędzy, ale czuję się dobrze fizycznie i chcę spróbować. Kiedy tak naprawdę był pan bliski końca? Pamiętam, gdy rozmawialiśmy dzień po porażce z Wiaczesławem Głazkowem i wtedy był pan dużo bardziej załamany, niż choćby po przegranych z Chadem Dawsonem czy Witalijem Kliczko. Myślałem, że faktycznie to będzie koniec. To prawda. Zawsze po porażce przychodzi myśl o końcu boksowania, człowiek czuje się znużony boksem i zadaje sobie pytania: co zrobił nie tak? A wtedy, z Głazkowem, mogło być inaczej. Wszedłem do ringu po grypie, lekko osłabiony, ale nie szukam usprawiedliwień. Chciałem wejść między liny, nikt mnie przecież nie zmuszał. Przegrałem, koniec historii. Nie wychodziło mi to, czego chciałem. W ostatnim pojedynku przegrałem z Erikiem Moliną. Walczyliśmy w sobotę, a ja obudziłem się tego dnia rano i od początku było jakoś inaczej. Nie czułem się świeży. To się zdarza wielu zawodnikom. Myślę, że Władymir Kliczko musiał czuć coś takiego w dniu pojedynku z Tysonem Furym. Gość, który w sztosie mógłby rozpracować Brytyjczyka jedną ręką, nagle przegrywa. Kiedy był pana najlepszy czas? Nie mam pojęcia. Było fajnie w kategorii półciężkiej, ale męczyłem się zrzucaniem wagi. Robiłem wszystko, żeby nie przekraczać 86 kilogramów, a później, przed walką, zakładałem ortalionowe dresy i szedłem do roboty, żeby zmieścić się w limice (79,379 kg – przyp. red.). Nie piłem, tylko chudłem. Do Dawsona zrzucałem z dziesięć kilogramów, cały czas trenując. No i wyszła lipa. Tych sposobów na zrzucanie było mnóstwo. Leżało się na przykład w gorącej, niemal wrzącej wodzie. Parzyło jak nie wiem, ale skutkowało, choć człowiek czuł się osłabiony. Takie metody stosowało się w naszym sporcie najczęściej dzień przed ważeniem. Najbardziej popularny sposób to jednak ten ortalion i sauna. To tragedia, najbardziej wyniszczająca rzecz w karierze. Gdybym miał po dwóch walkach z Paulem Briggsem taki rozum, jak teraz, od razu poszedłbym do kategorii junior ciężkiej. Ciągle jednak słyszałem, że tam są wielkie chłopy, którzy mocno biją, więc walczyłem z wagą. W końcu jednak musiałem wykonać ten krok. A waga junior ciężka okazała się dla pana idealna. Teraz mogę sobie gdybać... Gdybym mógł cofać czas, do walki z Kliczko we Wrocławiu trenowałbym w Polsce. Ziggy Rozalski mówił mi to od początku, ale uznałem, że skoro przed pojedynkiem z Andrzejem Gołotą przyleciałem ledwie dziesięć dni przed wejściem do ringu i czułem się dobrze, to po kilku latach będzie tak samo. A nie było, okazało się, że z wiekiem człowiek wolniej się aklimatyzuje. Przed Kliczko był pan też całkiem odcięty od ludzi. Przy okazji innych walk częściej bywał między znajomymi. Zmiana nawyków przed walką życia to też chyba błąd. Bardziej męczyły mnie dojazdy. Mieszkaliśmy daleko, codziennie po półtorej godziny w samochodzie w jedną stronę i tyle samo z powrotem. A samotność? Czasem lubię pobyć ze sobą, choć może faktycznie ma pan rację? Cóż, popełniam błędy, tak jak wszyscy. Skoro już sobie gdybamy, to jeszcze jedno zrobiłbym inaczej – wcześniej wyjechałabym z rodziną do USA, najlepiej w 2002 roku, a nie sześć lat później. Od razu wiedział pan, że tam zostanie? Gdy zdobyłem pas, poczułem, że tam jest moje miejsce. Dzisiaj trudno mi sobie wyobrazić, że wrócę, w zasadzie nie ma takiej możliwości. Młodsza córka mówi pewnie lepiej po angielsku niż po polsku. O pisaniu nawet nie wspominam. A i tak cały czas razem z żoną z tym walczymy, bo inaczej byłoby gorzej. W domu nie ma innego języka niż polski. Gdy odzywa się do mnie po angielsku, mówię, że nie rozumiem. Ma mówić po polsku i już. Trzeba jednak pamiętać, że Roksana miała prawie osiem lat, gdy się przeprowadziliśmy. Całymi dniami jest w szkole i na różnych zajęciach, gdzie mówi się po angielsku, więc jak ma być inaczej? Gdybyśmy tego nie pilnowali, może już przestałaby mówić w naszym języku. Starsza Weronika miała dwanaście lat, gdy wyjeżdżaliśmy i mówi po polsku lepiej, choć też woli angielski. Obie mówią też po hiszpańsku, bo w szkole to drugi język. W Ameryce jest też z panem pies. Podarował go wam Bogusław Bagsik, przez chwilę zajmujący się promotorką. Tiffy! Ciągle jest z nami, choć jest już stara. Czasem się nawet przewraca bez powodu. Kiedyś patrzę, a ona leży. Myślałem, że nie żyje. Dotykam, a tu nic. Dziewczyny zaczęły płakać, a Tiffy nagle wstała, otrzepała się i sobie poszła. Pana kariery w USA nie byłoby bez Ziggiego Rozalskiego. Oczywiście. To człowiek, którego Bóg postawił na mojej drodze. Kiedyś jeden ksiądz powiedział mi, że widzi wokół mnie dobrą osobę. To Ziggy. Ziggy od dawna panu mówi, żeby dał pan sobie spokój z boksem, a jednak pan nie słucha. No racja... Mam swój rozum i czuję w sobie siłę chłopa. Czterdzieści lat to nie jest dużo, tym bardziej, że już od lat nie muszę zbijać wagi. Zdrowo się odżywiam, nie wstydzę się rozebrać przed żoną. A widziałem kilku kumpli w moim wieku, którzy pewnie nie mogliby tego powiedzieć. Jakby nie boks, też siedziałby pan z kolegami w Gilowicach i pił piwo. Pracowałbym pewnie na kopalni i był blisko emerytury. Przecież miałem etat w GKS Jastrzębie. Byłem górnikiem-ślusarzem i odbierałem wypłatę w okienku. Do tego trzynastkę, czternastkę, Barbórkę i węgiel. Byłem pod ziemią jakieś dwadzieścia razy. Pamiętam jedno wydarzenie. Całą grupą szliśmy pod górę do ściany. Wszyscy wiązali na nogach onuce, a mnie nie wychodziło i ciągle obcierałem pięty w gumowcach. Popędzali mnie, ale w końcu stanąłem, żeby zrobić coś z tymi szmatami na nogach i później musiałem gonić. Zobaczyłem nad głową ruchomą linę, więc wykombinowałem, że to mi pomoże w marszu i ją złapałem. Po kilkunastu metrach były rolki, wciągnęło mi dłoń, zacząłem się drzeć i wyrwałem łapę. Dobrze, że nie trafiłem w to kością, bo odcięłoby mi palce. Z tego wszystkiego spadł mi kask, zacząłem szukać lampy. Patrzę, a tu wszędzie pełno krwi. Polałem rozszarpaną dłoń herbatą, bo tylko to miałem przy sobie, a jakoś musiałem umyć rękę zakrwawioną i brudną rękę. Nie wchodziłem później z miesiąc do ringu. A wracając, gdyby nie boks, pewnie dzisiaj dalej jeździłbym pod ziemię i wracał do domu. Nie wiem tylko, czy byłoby mnie stać na piwo, bo górnicy nie zarabiają już tak dobrze. Za to faktycznie, pewnie jeszcze z rok czy dwa i miałbym emeryturę. Mogłoby się też skończyć inaczej. W barze albo pod sklepem. Najczęściej wszystko zależy od kobiety. Najczęściej jest tak, że kto ma ostrą babę, która pilnuje chłopa, żyje normalnie. Druga połowa jest ważna. Pan się zawsze boi żony? Nie boję, ale się słucham. Trzeba szanować żonę. Do tego kościół, modlitwa i rodzina. Tak wygląda moje życie. A Doroty zawsze słuchałem. Gdy wyjeżdżam, często dzwoni, nawet bardzo często. Często pan wspomina o głębokiej wierze. Bo to część mnie. Od małego tak było, tak mnie wychowano. Od drugiej do ósmej klasy byłem ministrantem. Moja żona też jest z pobożnej rodziny. Teściowa do dzisiaj chodzi na pielgrzymki w Polsce. Sam w niej uczestniczyłem, chyba dwa razy u nas w kraju dwa razy, w USA jest podobnie. Chodzimy wszyscy, razem z dziećmi do amerykańskiej Częstochowy. Śpimy w namiocie, myjemy się zimną wodą i tak dalej. Na pana walkach pojawiało się zawsze sporo księży. Najwięcej, w Prudential Center, było chyba z pięćdziesięciu. Często słyszałem, że budowała ich moja postawa. Jeden znajomy ksiądz mówi mi, że ich czasem ludzie nie chcą słuchać. Mnie się udawało przekonywać ludzi do Boga. Roger Bloodworth, który wiele lat był moim trenerem, poszedł do spowiedzi po 27 latach! Wychowywał się pan bez taty, który zginął w wypadku. Brakowało go małemu Tomkowi? Tata zginął w listopadzie, miesiąc przed moimi drugimi urodzinami. Nie pamiętam go, choć chciałbym. Od początku więc taty nie było. Inni szli do kościoła z mamą i tatą, a ja tylko z mamą. Do tego cztery siostry. Przychodziła sobota i to ja z siekierą oprawiałem kurę czy królika. Później pojawili się szwagrowie. Całe życie z dziewczynami, bo najpierw mama i siostry, a teraz żona i dwie córki. Coś w tym jest. Nauczyłem się więc sprzątać, gotować, cerować i haftować. Potrafię też piec. Ciasto drożdżowe wychodzi mi naprawdę nieźle. Żonę tego nauczyłem! Zarabiałem ciasto ręcznie i dalej do piekarnika. Zresztą moja mama była kucharką, więc jak miało być inaczej? Kobiece zajęcia naprawdę nie są mi obce. Dzisiaj zdarza mi się coś przygotować, ale raczej mięso z grilla. W domu są trzy kobiety, więc nie podchodzę w święta do robienia sałatek. No bez przesady... A i niech córki się uczą, przyda im się w życiu.