Dramat na przełęczy Eksperci rynku transportowego ostrzegają: przy podobnym tempie rozwoju transportu ciężarowego za 2-3 lata Europa stanie w jednym wielkim korku. Próbką tego, co może czekać kontynentalne korytarze transportowe jest napięta sytuacja na austriackiej przełęczy Brenner. 24jgora.pl. June 26, 2022 ·. Ruch na przełęczy kowarskiej jest całkowicie zablokowany po dramatycznym wypadku z udziałem autobusu i samochodu osobowego. Trwa akcja ratunkowa, na miejscu lądował śmigłowiec LPR. 24jgora.pl. Dramatyczny wypadek w Kowarach. Przełęcz Kowarska zablokowana. Wprowadzono dodatkowe ograniczenia dla pojazdów ciężarowych na autostradzie A12 Inntal i A13 Brenner w niektóre soboty zimy 2023 r. Zmiany ogłoszono dziś w austriackim Federalnym Dzienniku Urzędowym II nr 3/2023 w rozporządzeniu Federalnego Ministra Ochrony Klimatu, Środowiska, Energii, Mobilności, Innowacji i Technologii. Zakaz Tłumaczenia w kontekście hasła "tunel podstawowy Brenner" z polskiego na niemiecki od Reverso Context: Sytuacja ta znacznie poprawi się dopiero w 2022 r., gdy w tym korytarzu zaczną funkcjonować linie kolejowe przez tunel podstawowy Brenner, będące obecnie w fazie realizacji. jesienne widoki podczas zejścia z Przełęczy Pod Osterwą 李 wczoraj 3.10 Aktualna sytuacja w Tatrach | jesienne widoki podczas zejścia z Przełęczy Pod Osterwą 🧡 wczoraj 3.10 Gdzie tankować LNG we Włoszech? Głównie na północy kraju. Stacje LNG znajdziemy już na przełęczy Brenner. Najwięcej punktów tankowania LNG znajduje się w północnych Włoszech, między Mediolanem a Rimini. Często obok dystrybutorów LNG znajdziemy stanowiska tankowania CNG, zasilane w sprężony gaz ziemny z technologii LCNG. Tłumaczenia w kontekście hasła "przełęczy lub" z polskiego na angielski od Reverso Context: Wybierzcie się na wycieczkę kolejką linową na szczyt góry, na przejażdżkę wzdłuż jednej z wielu przełęczy lub powspinajcie się na lodowiec Rhône. | UDOSTĘPNIAJCIE - ZMIANY NA AUSTRIACKICH DROGACH | ‼️ ⛔️ Pilne doniesienia z Austrii. Szczególnie dla tych turystów, którzy do Włoch jadą przez Niemcy, a później przez Przełęcz Brenner. Austriacy uniemożliwiają przejazd bez winiety i ominięcie słynnej Przełęczy ⛔️ Sprawdźcie przed planowaniem wakacyjnej podróży: Austriackie Koleje Federalne ogłosiły w niedzielę wieczorem, że zawieszają czasowo połączenia kolejowe z Włoch, dokonywane przez centralną magistralę biegnącą przez przełęcz Brenner. Ma to związek z podejrzeniami, że dwie pasażerki były zakażone koronawirusem. Austriacy nie wpuścili pociągu z Włoch. Obiekt Haus Berghof położony jest w miejscowości Gries am Brenner, w odległości 3 km od przełęczy Brenner, i oferuje taras słoneczny oraz przechowalnię sprzętu narciarskiego. Na miejscu można także korzystać z bezpłatnego WiFi oraz bezpłatnego prywatnego parkingu. RNhFLA. 12 kwietnia 1945 r., przełęcz Brenner - Tędy, mister, tędy. - Włoski żołnierz, który zapewne znał tylko te dwa słowa po angielsku, wskazywał na wąską ścieżkę biegnącą stromo pod górę. Dwaj mężczyźni, który wysiedli z zabłoconego samochodu, posłusznie skierowali się w tę stronę. Najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy, jak śnieżna i sroga może być wiosna w górach, gdyż mieli na sobie jesionki i półbuty, już przemoczone, zanim wsiedli do samochodu, który przywiózł ich na przełęcz Brenner. Skórzane zelówki ślizgały się po ubitym śniegu, więc posuwali się ostrożnie, zapierając się bokami podeszew, co zwiększało przyczepność, ale wymagało sporo wysiłku, podobnie jak chwytanie gałęzi drzew rosnących po bokach. Z wyraźną ulgą stanęli na niewielkiej polanie, jaka powstała po wycięciu drzew, których poobcinane pnie leżały w sągach z boku. - Kontrwywiad to psia służba - mruknął starszy, otrzepując zmarznięte ręce ze śniegu. - Będzie jeszcze gorsza, gdy zaczniemy schodzić - drugi mężczyzna rozejrzał się wokół. Trzej włoscy żołnierze przeszukiwali teren, ale bez większego entuzjazmu. Oficer siedzący na sągu drzew na widok przybyłych zeskoczył na śnieg i podszedł szybko. - Major Mario Sebastriani - przedstawił się. Mówił płynnie po angielsku. - Oficer łącznikowy wywiadu. - Major Felix Cowgill, kontrwywiad… - starszy wyciągnął rękę na powitanie - a to… - Nazwisko wypowiedział bardzo niewyraźnie. Włoch nie powinien wiedzieć, że stojący obok niego to James Jesus Angelton, który przyjechał do Włoch, aby działać tam jako oficer amerykańskiego kontrwywiadu. - Kiedy to się stało? - Dziś o świcie. Szli stamtąd - Sebastriani wskazał na górę. - Przeszli przez przełęcz Brenner. Niedaleko stąd znaleźliśmy obozowisko, w którym spędzili noc. O świcie podjęli wędrówkę. Zeszli na szosę i zmierzali prawdopodobnie do Trentino. Ale mieli ­pecha. Zauważył ich patrol. Nie chcieli się zatrzymać i zaczęli uciekać. ­Jeden został ranny, zanim dotarli do lasu. Zwieźliśmy go do ­szpitala. Drugi zginął - tutaj… Obrócił się i podszedł do zwłok przykrytych zielonym brezentem. Odchylił róg. Cowgill też podszedł blisko i pochylił się, aby przyjrzeć się twarzy zabitego. Po chwili wyprostował się i spojrzał porozumiewawczo na towarzysza. Można było odnieść wrażenie, że rozpoznał zabitego, ale nic nie powiedział na ten temat. - Znaleziono przy nim to. - Sebastriani sięgnął do kieszeni i wyciągnął niewielkie pudełko obszyte płótnem. Cowgill rozdarł nitki szwu i wyciągnął plik kartek staranie złożonych we czworo. Były zaszyfrowane, ale na jednej znajdowało się kilka zdań po niemiecku. "Przekazujący te dokumenty ma wszelkie pełnomocnictwa do rozmów w sprawie «Brennstoff B»". Podpis był nieczytelny, ale zapewne dla człowieka, który odebrałby ten plik, stanowił wystarczający dowód autentyczności. Cowgill schował starannie papiery do wewnętrznej kieszeni. - Ilu ich było? - zapytał majora. - Pięciu. Na dole został ranny przewodnik - powiedział Sebastriani. - Znam go, bo wykonywał niektóre prace dla mnie, jak ­byłem w partyzantce. Nazywa się Roberto Guliano. Miał dobre kontakty z Niemcami. Nie wiedziałem, że teraz zajął się bardziej dochodowym interesem. - Jak bardzo? - W plecaku miał czternaście złotych dwudziestodolarówek. Zakładam, że to zaliczka za przeprowadzenie tych ludzi przez góry i dalej do Trentino. Tam zapewne przejęliby ich inni. A tego - wskazał na zwłoki - nie znam. - To znaczy, że trzech uciekło. - Tak, poszli w góry, ale bez przewodnika daleko nie zajdą. Zabłądzą i zamarzną albo ich złapiemy. - Wolałbym, żebyście ich złapali. - Cowgill odwrócił się do Angeltona. - Nic tu po nas, zjedziemy na dół, do szpitala, pogadać z tym rannym - powiedział tamten, co Cowgill przyjął z ulgą. Cienkie podeszwy jego półbutów nie dawały żadnej ochrony przed zimnem. Przestępowanie z nogi na nogę niewiele pomagało i zaczynał się obawiać, że odmrozi stopy. - Zna pan wygodniejszą drogę na dół? - Cowgill zwrócił się do Sebastrianiego, który pokręcił głową, nieudolnie usiłując nadać swojej twarzy wyraz współczucia i przejęcia losem oficerów, którzy mieli pokonać pięćdziesięciometrowy odcinek stromej ścieżki. Pierwszy przewrócił się kapitan, a tuż za nim poleciał Cowgill, co okazało się rozwiązaniem praktycznym, gdyż już bez większych sensacji pokonali pozostałą drogę na jesionkach. - Od razu tak trzeba było. - Cowgill wstał i otrzepał płaszcz ze śniegu. Angelton podniósł się z trudem. Dla niego upadek okazał się dość bolesny. Z wyraźną ulgą doszli do samochodu, dużego humbera snipe’a pomalowanego w ochronne wojskowe barwy. Kierowca najwidoczniej przewidując, że wrócą zziębnięci, nie wyłączał silnika, więc z radością zanurzyli się w ciepłym wnętrzu. - James, ja go rozpoznałem - pierwszy odezwał się Cowgill, który zzuł przemoczone buty i pochylony masował zziębnięte ­stopy. Siedzący obok niego Angelton znajdował się w nieco lepszej sytuacji, gdyż najwyraźniej skóra jego butów była lepiej zabezpieczona przed wodą. Czując, jak napływa ciepło, oparł się wygodnie i zapalił papierosa. Od 1943 roku służył w amerykańskim kontrwywiadzie, a oddelegowany do Londynu poznał tam Feliksa Cowgilla. Spotkali się ponownie we Włoszech, dokąd Angelton został skierowany na wiosnę 1945 roku. - Ktoś ciekawy? - zapytał. - Bardzo. - Cowgill też rozparł się wygodnie. - Jedziemy do szpitala w Mezzolombardo. Wiesz, gdzie to jest? - zapytał kierowcy, który skinął głową i wrzucił bieg. Manewrując ostrożnie na ośnieżonej drodze, zawrócił w stronę miasta. Najchętniej wróciliby do niewielkiego hotelu na przedmieściach Trentino, gdzie zatrzymali się poprzedniego wieczoru, ale zdawali sobie sprawę, że rozmowa z rannym przewodnikiem może dać wiele ciekawych informacji. - To niski rangą, ale ogromnie ważny gość od Kaltenbrunnera, szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy - powiedział Cowgill. - Już to oznacza, że mamy do czynienia z bardzo ważną sprawą. Nazywał się Eibistahl. Zerknął na Angeltona i widząc, że ten zmarszczył brwi, jakby poszukiwał w pamięci informacji na temat tego człowieka, dodał szybko tonem, w którym zabrzmiała nuta wyższości: - Nic ci to nie powie. - Bez wątpienia kontrwywiad amerykański musiał jeszcze dużo nauczyć się o Europie. - To facet od specjalnych zadań, pozostający w cieniu. Dzięki temu żył. Do dzisiaj. Chcieliśmy go zlikwidować wcześniej. Przygotowaliśmy dwa zamachy w Warszawie, ale zawsze uchodził cało. Aż trafiła go zabłąkana kula. - Tak mu było pisane… Zamilkli obaj, rozumiejąc, że doszli do tematu, o którym włoski kierowca nie powinien wiedzieć. Z zadowoleniem dostrzegli pierwsze zbudowane z szarego kamienia domy Mezzolombardo. Cowgill obiecał sobie, że znajdzie czas, żeby zwiedzić to urokliwe miasteczko, ale po porannej wyprawie w góry uznał, że najpierw musi kupić wygodne buty. Szary budynek szpitala oznaczony wielką białą flagą z czerwonym krzyżem mieścił się w samym centrum miasta, dokąd ­dojechali po kilkunastu minutach. Bez kłopotów dowiedzieli się, gdzie leży ranny przewodnik, ale opatrywano mu ranę, więc usiedli na twardych krzesłach na korytarzu. - Powiesz mi więcej o tym Eibistahlu? - Angelton znowu sięg­nął po papierosa. Zdawał sobie sprawę, że informacje od ­Cowgilla mogą mieć duże znaczenie dla jego kariery w kontrwywiadzie. ­Wojna dobiegała końca, acz Niemcy mocno trzymali alpejskie pogranicze Bawarii i Włoch. Wielu amerykańskich generałów nazywało je Alpejską Redutą, gdzie rzekomo resztki SS i Wehrmachtu przygotowywały się do długiej obrony. Angelton nie wierzył w istnienie tej twierdzy. Bliższy był przekonaniu, że utrzymywanie ­pogranicznego rejonu ma na celu ułatwienie ucieczki dziesiątkom tysięcy ludzi, którzy nie powinni dostać się w ręce aliantów, oraz wywóz tysięcy ton dokumentów i urządzeń technicznych. Uznawał też, że poznanie tras przerzutowych i kryjówek na terenie Włoch będzie jego głównym wyzwaniem, jako szefa miejscowego oddziału kontrwywiadu. Jeszcze niewiele wiedział na ten temat. - Uważam, że był człowiekiem do specjalnych poruczeń Kaltenbrunnera, a może nawet samego Himmlera. Takim, którego nie widać, nie słychać, a jest piekielnie skuteczny - zaczął Cowgill. - Zwróciłem na niego uwagę w 1943 roku i udało mi się zgromadzić wiele ciekawych informacji. Tylko nie pytaj, w jaki sposób. - Właśnie to mnie interesuje - mruknął Angelton. - Może dobijemy jakiegoś handlu? - To już lepiej. To powiem ci: kochanka, sposób stary jak świat. Ale wiele nas kosztowała. - Opłaciło się? - Tak - skinął Cowgill. - Od niej wiem, że Eibistahl przed oblężeniem Breslau przyjechał tam z polecenia Himmlera. Gdy Rosjanie podeszli do miasta, przeniósł się do Hirschbergu*. Działał bardzo intensywnie. - Wiesz, nad czym tak pracował? - Nie. Ale powiem ci tak: droga prowadząca przez góry zaczyna się nie w Alpejskiej Reducie, gdyż obydwaj w nią nie wierzymy, lecz na Dolnym Śląsku. To jest wyzwanie! - Mamy z tym pewne doświadczenia. - Angelton uznał, że też może przedstawić osiągnięcia wywiadu amerykańskiego. - Specjalna grupa TICOM dowodzona przez komandora Compaigne’a dotarła tam w poszukiwaniu maszyny deszyfrującej "Ryba miecz" i ostatecznie ją zdobyła. Za dwa lata ta maszyna wstrząśnie światem! - Ciekawe - mruknął Cowgill. Nie zdradził, że wiele wie o tej akcji, a słowa Amerykanina nasunęły mu projekt, który postanowił starannie przemyśleć. - Wiem, że działał tam polski agent o pseudonimie "Granit". Był dobrze umieszczony w najtajniejszym ośrodku… - Angelton przerwał, zerkając spod oka na Cowgilla. Sprawdzał, jakie ­wrażenie zrobiły jego słowa na Angliku. Ten musiał przyznać, że nie doceniał kolegi. Jak na kilkanaście miesięcy spędzonych w Europie wiedział bardzo dużo. Przerwali rozmowę, bo z pokoju zabiegowego dwaj sanitariusze wynieśli nosze z rannym. Po chwili w drzwiach stanął lekarz uprzedzony już o wizycie dwóch facetów z kontrwywiadu. - Możecie z nim porozmawiać - powiedział niechętnie. - Nie dłużej niż parę minut. Ma paskudną ranę nogi. Chyba ją amputujemy. Odwrócił się na pięcie i odszedł szybko w głąb korytarza. Guliano leżał już w separatce pilnowany przez amerykańskiego żołnierza, który na widok legitymacji Angeltona wstał i wyszedł z pokoju. - Jesteśmy z kontrwywiadu. Musimy zadać ci kilka pytań - zaczął Cowgill. - Nic nie wiem. Nic nie powiem. Jestem ranny. - Roberto odwrócił głowę do ściany. - Dajcie mi spokój! - Posłuchaj, Roberto. - Cowgill pochylił się nad nim. - Lekarz powiedział, że amputują ci nogę. W tym szpitalu na pewno to zrobią. Ale my możemy przenieść cię do amerykańskiego szpitala w Rzymie. Tam mogą uratować twoją nogę. No jak? Mamy wyjść? Roberto uniósł głowę. - Poczekajcie! - zawołał szybko. - Co chcecie wiedzieć? - Na pewno słyszałeś rozmowy ludzi, których prowadziłeś. O czym rozmawiali? - Wystrzegali się mnie, ale słyszałem, że rozmawiają o specjalnym transporcie. Coś, co pozostało w jakimś zamku. Nie pamiętam nazwy. - Tzschocha? - podsunął Cowgill. Roberto pokręcił głową. - Fürstenberg? - Być może. Brzmiało podobnie. - Co to za transport? - Nie wiem, nie wiem. Prawdę mówię… - Słyszałeś coś o "Brennstoff B"? Roberto po chwili zastanowienia pokręcił przecząco głową. - Dokąd ten transport miał trafić? - Spieszyli się, bo przerzut miał nastąpić przez przełęcz Brenner. Do Wenecji. Zamknął oczy. Widać było, że rozmowa go wyczerpuje. - Dziękuję ci, Roberto - powiedział Angelton. - Idę teraz zadzwonić w sprawie przewiezienia cię do amerykańskiego szpitala. Wyszli po cichu, dając znać żołnierzowi, który czekał na korytarzu, że może wrócić do pilnowania rannego więźnia. - Potwierdzają się moje przewidywania - odezwał się Cowgill, stając przy oknie. - Mówisz o Dolnym Śląsku? - Tak. Tam jest początek drogi, która, jak słyszałeś, biegnie do Wenecji. Tylko nie wiemy, co tą drogą ma zostać przewiezione. - Masz pomysł? - Angelton znowu wyjął papierosa. - Za dużo palisz. - Cowgill spojrzał na niego z wyrzutem, ale ten nie dał się odwieść od przyjemności wciągnięcia dymu. - Pomysł? Mam - dodał po chwili Cowgill. - Jest człowiek, który tam działał. - "Granit"? - Angelton wypuścił kłąb dymu, co spotkało się z wyraźną dezaprobatą lekarza idącego do izolatki rannego. - Tak. Nazywa się Jorg, Martin Jorg. Polski szpieg, ­doskonale zakamuflowany jako oficer Abwehry, kryptolog. Rozpracował "Rybę miecz" i oddał w nasze ręce. - To nie ma nad czym się zastanawiać. - Jest nad czym. Poza mną nikt mu nie wierzy. Działał poza strukturami. - Co to znaczy? - Tuż przed wojną, gdy nasz dzielny premier Chamberlain trząsł portkami na myśl, że można narazić się Hitlerowi, i blokował wszelkie inicjatywy, utworzyliśmy, poza wiedzą rządu, tajną organizację. Na jej czele stanęła bardzo dzielna kobieta. - Joanna - dodał Angelton, co nie wywołało zdziwienia Cowgilla. Zdawał sobie sprawę, że wiedza amerykańskiego kolegi pochodzi od Compaigne’a. - Tak. Ona utrzymywała bezpośrednią łączność z "Granitem". - To masz gotowy projekt. - Tak. - Przyznasz, że przyczyniłem się do jego powstania? - W jaki sposób? - Cowgill był wyraźnie zdziwiony. - Podsunąłem ci pomysł. - Ach tak, oczywiście, drogi Jamesie - przytaknął Cowgill. - No właśnie. To znaczy, że zakończyliśmy nasz układ handlowy. Cowgill spojrzał na niego pytająco. - Ty mi powiedziałeś o kochance Eibistahla, a ja ci podsunąłem projekt wykorzystania Jorga. Czyli jesteśmy kwita. Cowgill uśmiechnął się. Stanowczo nie doceniał Amerykanina. 18 kwietnia 1945 r., dacza w Kuncewie Stalin odsunął papiery, jakie rozłożył na blacie wiklinowego stolika na tarasie daczy w Kuncewie, i wygodnie rozparł się na fotelu. Wiosenne słońce przebijające się przez zieleniejące gałęzie brzóz świeciło mocno, dając miłe poczucie ciepła. - Gorąco, jak na kwiecień - powiedział. - Koba, może wody… - Ławrientij Beria, siedzący w fotelu naprzeciw, pochylił się, gotów w każdej chwili sięgnąć po karafkę ­stojącą między kartkami, gdyby tylko Stalin wyraził taką chęć. Wyciągnął głowę, co nadawało mu wygląd drapieżnego ptaka siedzącego na gałęzi i wypatrującego zdobyczy. Stalin, jakby nie słysząc propozycji, uniósł nogę i zsunął but, czarny z wysoką, pomarszczoną cholewą, co najwyraźniej przyniosło ulgę jego stopie, gdyż natychmiast, zapierając palce o obcas, zsunął drugi. Grube bawełniane skarpetki wciągnięte na nogawki szarych spodni pozwijały się, ale nie zwracał na to uwagi. Rozłożył się na kanapce. Była trochę za krótka, nawet jak na jego niski wzrost, więc ugiął jedną nogę, a drugą przekrzywił i ułożył tak, że stopa pozostała poza wiklinowym obrzeżem kanapy. Zestarzał się - pomyślał Beria. Wojenne lata odcisnęły ogromne piętno na Stalinie. Przygarbił się, posiwiał, poruszał się wolniej, jakby z wysiłkiem, stał się jeszcze bardziej podejrzliwy i nieufny. - Wody? Nie… - mruknął Stalin. Sięgnął po jedną z kartek, jakie zostawił na stoliku, i podniósł wysoko, aby padało na nią jak najwięcej światła. Za osiem miesięcy, w grudniu 1945 roku, miał skończyć sześćdziesiąt sześć lat, ale niechętnie zakładał okulary, nawet w otoczeniu najbardziej zaufanych ludzi. Nikt nie powinien wątpić w jego orli wzrok. Beria dostrzegł, że Stalin wpatruje się w tekst, ale nie czyta go. W istocie jego zainteresowanie skupiła biedronka, która wylądowała na górnym brzegu kartki, złożyła skrzydełka i szła po krawędzi. - Wiesz, jakie to niezwykłe… - odezwał się Stalin po chwili. Beria podniósł wzrok. - Co "niezwykłe"? - Biedronka - odparł Stalin i zajął się przekrzywianiem kartki, aby lepiej zaobserwować powolny chód owada. Zapadło milczenie. - A co w niej niezwykłego? Kropki? Beria był trochę zaniepokojony, że nie nadąża za myślą Gospodarza. - Takie maleńkie stworzonko, a natura dała mu wielką siłę. Wielką, Ławrientij. Pancerz dobrze ją chroni przed mniejszymi wrogami, a kolor przed większymi… - Czerwony? - Beria znowu wyciągnął głowę, aby lepiej widzieć biedronkę na kartce. - Ten kolor, dla ptaków, na przykład, oznacza, że biedronka jest trująca, więc jej nie dziobią. Boją się… - Ciekawe - przytaknął Beria. - Nie wiedziałem. - …ale jest inny owad. Taki podobny do osy - mówił dalej Stalin. - Nieduży. Wbija żądło w miejsce pod pancerzem biedronki i, za jego pomocą, do wnętrza ciała wprowadza jajo. I już. Biedronka sobie lata… - machnął kartką, aby spędzić owada, i przez chwilę obserwował jego lot - a w niej rozwija się larwa. I powoli zżera biedronkę. Od środka. Potem wychodzi na zewnątrz. Mądre to… Beria nie odzywał się, czekając na dalszy ciąg rozważań. Stalin podniósł się z fotela i przeszedł kilka kroków w skarpetkach, jakby po to, aby poczuć ciepło oddawane przez kamienie tarasu. - Naród jest zmęczony wojną - powiedział niespodziewanie. - Nie zgodziłby się, aby teraz skierować broń przeciw sojusznikom. - Koba, osiągnęliśmy wszystkie cele! Nasze wojska lada dzień zdobędą Berlin. Straty - ogromne, ale od początku istnienia państwa radzieckiego nie zyskaliśmy tak dużo. Koba, tobie udało się zrealizować cele wielkiej rewolucji! Beria podniósł się i obciągnął koszulę, która zebrała się w wielką fałdę nad paskiem. - Będziemy coraz silniejsi, a Zachód będzie słabł - dodał, podchodząc do Stalina. - Umocnimy się na terytoriach, które nam przypadły. Z Niemiec już zaczęliśmy przywozić fabryki. W Polsce, Czechosłowacji, na Węgrzech, w Rumunii, w Bułgarii stłumimy reakcję w ciągu dwóch, trzech lat… - Nie! - Stalin zaprzeczył tak kategorycznie, że Beria nie śmiał się odezwać. - Nasz kraj zniszczony. Europa zniszczona, głodna, a Ameryka rozkwitła. Żołnierzy stracili mało, a rozwinęli gospodarkę i naukę. Roosevelt nie był głupi, godząc się na oddanie nam Polski, Czechosłowacji i innych państw. Za pięćdziesiąt lat, gdy mnie już nie będzie, stracimy nad nimi kontrolę. Wymkną się. On to przewidział. A co to jest "pięćdziesiąt lat"… - Ale do tego czasu, Koba, wygramy wojnę z imperialistami! Stalin nie odezwał się. Pochylił się nad stolikiem i wyjął papieros z drewnianego pudełka, na którego pokrywce namalowano ośnieżone szczyty Gruzji. Beria wiedział, że papierosy tam przechowywane były specjalnie wytwarzane dla Gospodarza. Sięgnął po zapałki, aby podać ogień, ale najwidoczniej Stalin nie miał ochoty zapalać papierosa, gdyż tylko obracał go w palcach, nie zważając na płonącą zapałkę. - Nie, wojny nie będzie, bo beze mnie ją przegracie. Nie wolno czekać. Wreszcie pochylił się w stronę Berii, który natychmiast potarł drugą zapałką o draskę. Stalin zaciągnął się, ale krótko, płytko. Wiedział, że papierosy mu nie służą. - Twoi ludzie mają działać jak ten owad - powiedział cicho. - Wbić żądło pod pancerz i złożyć jajo, które pewnego dnia rozsadzi kapitalizm… Beria słuchał uważnie, aby nie uronić ani jednego słowa. Znał dobrze rozmowy ze Stalinem, niby nieoficjalne, po kolacji w kremlowskim apartamencie albo na werandzie daczy w Kuncewie. Niby nic, ot takie sobie gawędzenie przy winie, a po kilku dniach Koba pytał: co osiągnąłeś w sprawie, o której mówiliśmy? Masz już wyniki? A Beria musiał natychmiast przypomnieć sobie, do czego Stalin nawiązuje, i odpowiedzieć. Zbyt długie wahanie, nieprecyzyjne odpowiedzi Wódz gotów był uznać za sabotowanie jego planów. I zemścić się. Tym razem jednak nie potrafił zrozumieć, do czego zmierza Stalin. Wbić żądło i rozsadzić kapitalizm? A co w tym nowego? Od wielu lat służby rekrutowały do szpiegowskiej współpracy ludzi na najwyższych stanowiskach. W każdym państwie tworzyły wielkie siatki szpiegowskie, kontrolowały związki zawodowe, partie komunistyczne. I to jeszcze mało? Cóż więc miało być żądłem? Nalał z karafki wody do szklanki i wypił szybko, jakby uznał, że poprawi w ten sposób jasność umysłu. Wolałby, żeby to była wódka, ale przy Stalinie nie śmiał zażądać przyniesienia alkoholu. Nie mówił nic, czekając na dalsze wyjaśnienia. - Esesmani! - powiedział po chwili Stalin. - Amerykanie nie rozumieją, jacy to zbrodniarze, więc nie brzydzą się nimi, nie każą wieszać albo zamykać, jak my. A odwrotnie: traktują ich jak sprzymierzeńców, najtwardszych antybolszewików. Rycerzy antyrosyjskiej krucjaty. Hołubią bandytów ze służby bezpieczeństwa i gestapo, bo ci zakładali siatki szpiegowskie na naszym terenie, bo rozpracowywali podziemie w Polsce, bo znają komunistyczne organizacje na Zachodzie. Amerykanie liczą, że wykorzystają ich kartoteki, konfidentów i wiedzę. Dobrze, niech ich chronią! Niech ich hołubią! A esesmani będą nam służyć! I pewnego dnia zeżrą biedronkę, od środka. - Koba, to jest wielkie przedsięwzięcie! - wykrzyknął Beria, choć wciąż nie rozumiał, dlaczego esesmani mogli być bardziej skuteczni niż szpiedzy lub komuniści działający na Zachodzie pod jego dyktando. Stalin nie odpowiedział. Wrócił na kanapkę, poprawił poduszkę i zamknął oczy. Powoli zapadał w popołudniową drzemkę starego człowieka. Beria odchylił głowę i rozparł się wygodnie na wiklinowym fotelu. Patrzył z nienawiścią, którą pozwalał sobie uwidocznić tylko wtedy, gdy miał pewność, że Stalin śpi, gotowy na drgnienie powiek Wodza, zanim ten otworzy oczy, zmienić wyraz twarzy. Wreszcie podniósł się z fotela, miękko, ostrożnie, starając się nie dopuścić, aby zaskrzypiały wiklinowe witki, i po cichu poszedł w stronę tarasowych drzwi. Postanowił zadzwonić na Kreml, aby jak najszybciej dostarczono mu ostatnie meldunki wywiadowcze z Dolnego Śląska. Uważał, że tam znajdzie sposób na realizację wielkiego planu. Zastanawiał się nad kryptonimem nowej operacji. "Biedronka" wydawał mu się zbyt entomologiczny. Żądło! - pomyślał i uznał, że to dobry kryptonim dla operacji rozsadzania kapitalizmu od środka. Stalin otworzył oczy i popatrzył przez chwilę za odchodzącym Berią. Potem odwrócił głowę i ponownie zamknął oczy. 18 kwietnia 1945 r., lotnisko Croydon Martin Jorg przysunął się bliżej prostokątnego okna samolotu, który gwałtownie tracił wysokość, zbliżając się do lądowania. Z chmur wyłaniały się domy londyńskiego przedmieścia: równe rzędy identycznych kamieniczek, szarych, jakby pokrytych popiołem. Okrążali je szerokim łukiem na wysokości dwustu, trzystu metrów, aż w oddali zza kępy drzew wyłoniła się murawa lotniska Croydon. Lot z Niemiec był jedynym czasem spokoju, jakiego zaznał od chwili ucieczki z zamku Tzschocha*. Wszystkie wydarzenia: wyjście tajnym lochem z zamku, wysadzenie generatorów w elektrowni zasilającej podziemne laboratoria, ucieczka przed Rosjanami, postrzał w udo, spotkanie z Globckem i odnalezienie "Aparatu", wydawały mu się tak odległe, jakby minęły miesiące. Samolot uderzył o murawę lotniska z takim impetem, że wydawało się, iż roztrzaska golenie podwozia. Najwyraźniej za jego sterami siedział pilot wojskowy, który nie zwykł zwracać uwagi na komfort pasażerów. Przy schodkach dostawionych do drzwiczek dakoty stało dwóch żandarmów, którzy na widok Jorga wyżej unieśli karabiny Lee-Enfield i jednoznacznym gestem skierowali go do samochodu, który stał z boku. Wewnątrz siedział milczący ­kapitan, który zdawał się zupełnie nie interesować współtowarzyszem podróży. Jorg odnosił wrażenie, że oszczędni Anglicy wykorzystali ­jeden samochód, żeby ich obu przewieźć z odległego lotniska do centrum Londynu. Sytuacja wyjaśniła się dopiero wtedy, gdy wjechali w ponurą uliczkę kończącą się wielką blaszaną bramą w szarym murze z cegieł, nad którą górowała wieżyczka z reflektorem. Wtedy kapitan podał przez okno dokumenty wartownikowi. Nie był więc przypadkowym pasażerem. Milczący strażnik zaprowadził Jorga do pokoju, w którym okna nie miały krat, ale wszystko przypominało, że znajduje się na terenie więzienia. Drzwi, masywne, pomalowane olejną farbą, najpewniej przeniesiono z pobliskiej celi, choć nie było w nich judasza. Metalowe łóżko z siennikiem przykrytym kocem, stolik, taboret, półka na osobiste drobiazgi, ­sedes w niewielkiej wnęce zasłoniętej wzorzystą tkaniną - bardziej przypominało to celę niż pokój mieszkalny. Wrażenie było tym bardziej uzasadnione, że po północy gaszono światło. Jorg zdawał ­sobie sprawę, że wrócił po pięcioletniej służbie w Abwehrze. Anglicy ­mogli się więc obawiać, że jest podwójnym agentem. Rozłożył na półce drobiazgi, jakie przywiózł ze sobą z Niemiec. Czuł, że w tym pokoju spędzi co najmniej parę dni. Przy okazji wyjmowania mydelniczki i szczoteczki do zębów zauważył, że jego plecak został zrewidowany, gdyż rzemień ściągający jedną z kieszeni był zawiązany inaczej, niż zwykł to robić. Dopiero w tym momencie poczuł, że sytuacja, w jakiej się znalazł, może być bardzo poważna. Odstawił plecak i rzucił się na łóżko, postanawiając szybko zasnąć, ale w pokoju unosił się tak natrętny zapach pasty wtartej w deski podłogi, że po chwili wstał i podszedł do okna, aby je otworzyć. Mosiężna klamka kręciła się wokół swojej osi i nie udało mu się podnieść dolnej części ani opuścić górnej. Za to zauważył, że na dole biegła ścieżka, którą przechadzał się wartownik. I tak zostałem wrogiem imperium - powiedział do siebie i wrócił na łóżko. Nie mógł wykluczyć, że sfabrykowano przeciwko niemu oskarżenia, tak poważne, że groził mu sąd wojenny, a może i wyrok. Choć szybko odpędził tę myśl, uznając, że zapewne sąd weźmie pod uwagę zeznania Joanny, Natalii, Czernego i zasługę, jaką było zdobycie "Aparatu", to jednak niepokój pozostał. Jak ­bowiem wytłumaczyć, że zamiast eleganckiego oficera, który stojąc przed schodkami samolotu, uścisnąłby mu rękę i powiedział "Wykonał pan dobrą robotę. Jutro stanie pan przed naczelnym dowódcą", czekało na niego dwóch żandarmów, a pierwszy nocleg wypadł w więzieniu? Na szczęście zmęczenie wzięło górę i senność pozbawiła go dalszych męczących rozważań. Było to jedyne sensowne zajęcie, jakie mogło mu zająć czas pierwszego wieczoru w Londynie. 40 kilometrowe korki na przełęczy BrennerID: 257479Sytuacja na granicy z Austrią w związku z nowymi przepisami jest dramatyczna. ~ dotyczy tej informacji prasowej REKLAMA Posty (7)~Gucio2021-02-16 11:18:03Kilometrowcy to sobie tam rwą czapki z głów i się pukają w czoło - ciekawe czy wyciągną z tego jakieś wnioski. ~Zdzisław weekend w domu2021-02-16 16:00:56Tak wyciągną zaczną dupic weekendy na obsranych parkingach zamiast z rodziną. No ale dniuweczki trzeba gdzieś nadrobić~kiero2021-02-16 17:07:13Gucio nie sraj żarem~kiero2021-02-16 17:08:03Kto głupi ten stoi~kiero2021-02-16 17:21:02A ja jadę, jutro będę w domu a frajerzy czekają~Jarek2021-02-17 18:38:40Od której robią testy na Vipiteno? ~obi2021-02-18 08:42:37Ale ty dałeś radę. Twój postPodpis Odpowiedzialność Novemedia Ltd nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczanych tutaj ofert, postów i wątków. Osoby zamieszczające treści naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną. Powyższy adres IP będzie przekazany uprawnionym organom Państwa w przypadku naruszenia prawa. Zastrzegamy sobie prawo do nie publikowania jakichkolwiek treści bez podania przyczyny. Twój adres IP: Dodaj Anuluj Opcje - szybkie linki Wątki Admina TOP 20 - przez was wybraneOSTATNIO KOMENTOWANEREKLAMA ZOBACZ TEŻ Zakazy ruchu dla ciężarówek w Europie na rok 2022 Przepisy kuchni kierowców - do przygotowania w trasie lub przed wyjazdem Sprawdź dobre parkingi w Europie Warunki przejazdu na drogach w Polsce Ogromna prośba... Reklama to nasze JEDYNE źródło dochodu. Reklam nie jest wiele, nie wyskakują, nie zasłaniają żadnych treści, ale umożliwiają utrzymanie redakcji. Proszę pomóż, dodaj do wyjątków Twojej aplikacji. Dziś wjechałam do Włoch po raz drugi w trakcie trwania pandemii i po raz pierwszy w tym roku, tym razem podróżując samochodem. Jak wyglądała sytuacja na trasie? Co z kontrolami na granicy, korkami, ilością podróżujących w tym samym kierunku? Jak obecnie wyglądają Włochy otwierające się na turystykę po ponad półrocznym zamknięciu? Jeśli macie pytania, na które nie znaleźliście odpowiedzi w tym poście, to zadawajcie je proszę w komentarzach. Jeśli będę znała odpowiedź, to postaram się pomóc. Przygotowanie do podróży Plany na tą podróż miałam już od dawna, ale tak naprawdę do połowy zeszłego tygodnia nie było wiadomo, kiedy wjazd do Włoch będzie możliwy bez obowiązkowej, pięciodniowej kwarantanny. Pomijam tutaj moje sprawy osobiste, które również mogły w ostatniej chwili stanąć na przeszkodzie temu wyjazdowi, gdyż niestety dzieje się u mnie sporo i nie zawsze pozytywnie. W każdym razie ostateczna decyzja zapadła nieco ponad tydzień temu, więc ostatnie dni spędzałam głównie na intensywnych przygotowaniach. Test antygenowy na obecność koronawirusa Na chwilę obecną Włochy wymagają posiadania w momencie przekraczania granicy negatywnego wyniku testu antygenowego lub molekularnego. Zwolnione z tego obowiązku są tylko dzieci do drugiego roku życia. Lada chwila spodziewane jest wprowadzenie włoskiego paszportu szczepionkowego dla turystów i wówczas prawdopodobnie obowiązek wykonania testu zostanie zniesiony dla zaszczepionych i ozdrowieńców. Ja należę do drugiej grupy, ale mimo to zgodnie z wymaganiami obowiązującego prawa test zrobiłam. Jak to wygląda? Przede wszystkim mam wrażenie, że panuje chaos informacyjny, a przynajmniej panuje on w punkcie, w którym ja wykonywałam test. Na infolinii powiadomiono mnie, że na wynik oczekuje się do 24 godzin i nie ma możliwości przyspieszenia. Tzn. może będzie szybciej, ale laboratorium daje sobie dobę na podanie wyniku. Ponadto poinformowano mnie, że czasem wykonania testu branym pod uwagę do okresu jego ważności jest moment pobrania wymazu. Jak się później okazało, na wyniku podano godzinę późniejszą, ale wcześniejszą niż otrzymanie wyników. Mało tego, poinformowano mnie, że wynik w języku angielskim będzie w cenie, a nie był. Ostatecznie okazało się, że test z wynikiem tylko w języku polskim kosztowałby mniej, niż mi podano, a za tłumaczenie policzono dodatkowo. Jak się również okazało, test mogłam kupić wcześniej przez internet taniej. Test kosztował mnie łącznie 190 zł, wraz z tłumaczeniem na język angielski. Wynik testu Wynik otrzymałam po upływie pięciu godzin. W momencie pobierania wymazu pani zapytała, kiedy wyjeżdżam (a nie wspominałam nic o wyjeździe), a gdy usłyszała, że następnego dnia rano, to powiedziała, że wynik będzie tego samego dnia popołudniu. Najpierw przyszedł SMS z e-pacjent, który powiadomił mnie, iż wynik jest gotowy i możliwy do wglądu po zalogowaniu na swój profil w portalu To wszystko. Dodam, że był to mój trzeci test od początku pandemii. Pierwszy wykonany zimą okazał się pozytywny, drugi – po przebytej chorobie – negatywny. Dwa pierwsze wykonywałam na zlecenie lekarza, trzeci za własne pieniądze. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ widzę sporą różnicę w testach przeprowadzanych komercyjnie, a na NFZ. Gdy badano mnie pierwszy i drugi raz, to patyk włożono do nosa tak głęboko, iż oko samoistnie zaczęło łzawić. Oko z tej samej strony, z której grzebano patykiem w dziurce od nosa. Test komercyjny nie był nawet w połowie tak nieprzyjemny. Przede mną testowano około czteroletnie dziecko i nawet nie pisnęło. Piszę o tym dlatego, że być może ktoś z Was ma złe doświadczenia z testem wykonywanym na zlecenie lekarza i to powstrzymuje go przed podróżą. Oczywiście nie gwarantuję nikomu, że również będzie miał mniej inwazyjnie pobierany wymaz, ale w moim przypadku tak właśnie było. Podróż do Włoch Jak już pisałam dziś rano jeszcze z trasy na fanpage’u na Facebooku, podróż przebiegła bez większych problemów. Wybrałam trasę przez Jędrzychowice, Monachium, Innsbruck i Brenner. Na granicy polsko – niemieckiej nie spotkałam żadnych kontroli i utrudnień, podobnie jak przez cały przejazd przez Niemcy. Niestety tego samego nie mogę powiedzieć o Austrii. Na granicy tworzy się spory zator, gdyż austriacka policja przygląda się każdemu pojazdowi. Z moich obserwacji wynika, że pojazdy na austriackich tablicach rejestracyjnych są wpuszczane bez zatrzymania, natomiast podróżujących z innych krajów pyta się o cel podróży. Mnie zapytano wyłącznie o to, dokąd jadę. Gdy odpowiedziałam, że do Włoch, rozmowa się zakończyła. Zgłaszałam, że muszę zjechać zatankować i chciałabym to zrobić w jednym z miasteczek, ale nikogo nie interesował ten szczegół. Około godziny stania w korku to nie był niestety najgorszy moment, gdyż zaraz po przejechaniu bramek na przełęczy Brenner zaczynał się ogromny zator, ciągnący się aż do granicy z Włochami. Powód? Roboty drogowe i zwężenie tej nitki autostrady do jednego pasa tuż przed samą granicą. Wjazd do Włoch Wjazd do Włoch odbył się bez żadnych problemów i kontroli. Pisząc post jestem tutaj ponad dwanaście godzin, a do tej pory nikt nie zapytał o test czy oświadczenie. Te ostatnie wypełniłam dopiero po przyjeździe do celu i zakwaterowaniu w agroturystyce. Swoją drogą już teraz zaradzę Wam, że jestem w istnym raju, ale o tym więcej napiszę i pokażę za jakiś czas. Cokolwiek wygląda inaczej, niż wcześniej? W barach na autostradowych MOP-ach nie ma większych szans na otrzymanie kawy w wyparzonej filiżance i usłyszenia stukotu filiżanki o spodek rozłożony uprzednio na ladzie, co pokazywałam na filmie w Stories na blogowym Instagramie. Tam znajdziecie najwięcej relacji z podróży, dzień po dniu będą pojawiały się nowe. Niestety, gorące napoje serwowane są w jednorazowych kubkach, na szczęście przyjaznych środowisku. W barze w mieście jeszcze nie byłam, ale mam wieści, że tam już zazwyczaj kawę podają w normalnych filiżankach. Maseczki na świeżym powietrzu Ten – jakby się wydawało po przykładach innych krajów – relikt nieodległej, ale jednak przeszłości, we Włoszech niestety nadal obowiązuje i na razie nie wiadomo, jak długo. Zauważyłam, że wiele osób lekceważy obowiązek maseczkowy na świeżym powietrzu, ale już wewnątrz każdy maskę ma założoną. Również w zeszłym roku na Sycylii obserwowałam rygorystyczne stosowanie się do obowiązku noszenia masek wewnątrz i lekceważenie tego samego obowiązku na zewnątrz. W supermarkecie, w którym robiłam zakupy po przyjeździe sprawdzano dodatkowo temperaturę, maski i pilnowano, by każdy wchodzący zdezynfekował ręce. Ruch na autostradach Jako ciekawostkę dodam również, że jestem zaskoczona dużą ilością osób zmierzających do Włoch w celach turystycznych. Na trasie spotkałam naprawdę sporo kamperów, przyczep campingowych czy samochodów z podczepionymi rowerami. Spodziewałam się, że wielu miłośników Italii tylko czeka na zniesienie obowiązkowej kwarantanny (nastąpiło to od 16 maja), ale nie myślałam, że tak wielu ruszy jeszcze w maju, przed oficjalnym otwarciem turystyki. Rano na zjeździe nad środkową Gardę utworzył się wręcz korek. Jedziecie do Włoch? Informacje o zmieniających się przepisach w miarę aktualnie staram się podawać w poście „Koronawirus we Włoszech„. Jeśli macie pytanie dotyczące przebiegu mojej podróży lub uważacie, że coś istotnego z Waszego punktu widzenia mogłam pominąć, to śmiało pytajcie w komentarzach. Teraz Twoja kolej! Dołącz do społeczności Italia by Natalia: Zaobserwuj blogowy profil na Instagramie; Dołącz do obserwujących fanpage'e bloga na Facebooku; Dołącz do blogowej grupy na Facebooku; Obserwuj mnie na Twitterze; Subskrybuj kanał na YouTube; Jestem również na Tik Toku; Moje książki znajdziesz w blogowym sklepie internetowym. Będzie mi również bardzo miło, jeśli zostawisz komentarz pod postem. Możesz też zapisać się na newsletter w oknie poniżej. Ponad 85 tysięcy imigrantów tylko w tym roku dotarło do wybrzeży Włoch. Sąsiednia Austria obawia się, że wielu z nich będzie chciało przedostać się do ich kraju. Rząd w Wiedniu chce przywrócić kontrolę paszportową. Rozważa też wysłanie oddziałów wojskowych na przejście graniczne na przełęczy Brenner w Alpach. Żołnierze mieliby powstrzymać falę uchodźców, chcących przedostać się do Austrii. Przeciwko takiemu posunięciu protestują Włochy. Jak zauważa agencja Reutera, napięcie wewnątrz Unii Europejskiej w związku z napływem uchodźców jest coraz większe. Od 2015 roku setki tysięcy uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu przedostało się do Niemiec, Austrii, czy krajów skandynawskich. Włochy poprosiły kraje Unii Europejskiej o pomoc w rozlokowaniu uchodźców, którzy przez Morze Śródziemne przedostają się do Włoch. Imigranci to – jak zauważa agencja – “gorący kartofel” dla Austrii, która szykuje się do październikowych wyborów parlamentarnych. Minister obrony Austrii Hans Peter Doskozil, w wywiadzie dla gazety “Kronen Zeitung”, zapowiedział wprowadzenie restrykcji wzdłuż alpejskiej granicy z Włochami. Mowa jest o przywróceniu kontroli na przełęczy Brenner. Na miejsce już wysłane zostały cztery cztery wozy Pandur armii austriackiej, które mają blokować drogi, łączące Europę południową z północną. Doskozil wyraził gotowość wysłania na miejsce 750 żołnierzy. Zdaniem Doskozila, działania EU w sprawie powstrzymania fali uchodźców są niewystarczające. Sytuacja ta zmusza nas do działań – powiedział w radiu ORT. Ostrzegł, że jeśli UE nie znajdzie rozwiązania tego problemu, “podjęcie działań przez Austrię będzie konieczne”. Z kolei szef dyplomacji Austrii Sebastian Kurz stwierdził: Szykujemy się i będziemy bronić naszej granicy w Brenner. Podkreślił, że jego kraj przyjął więcej migrantów niż inne kraje europejskie. Austriacki minister mówił też, że “Unia Europejska musi wyjaśnić, że pomoc prowadzona na Morzu Śródziemnym nie jest biletem do Europy”. W odpowiedzi włoskie ministerstwo spraw zagranicznych wezwało ambasadora Austrii “na dywanik”. Również władze Szwajcarii ogłosiły, że wraz z nasileniem się napływu migrantów na europejskie wybrzeża przygotowują się do wzmocnienia swych granic, między innymi z Włochami w Piemoncie i Lombardii. (j.)